Kalimera. Dzień dobry!
Tak witała nas każdego ranka uśmiechnięta Greczynka pracująca w hotelowej restauracji. Niezależnie od tego, w jakim języku odpowiadaliśmy, ona zawsze pozostawała przy swoim greckim „kalimera”!
Po kilku dniach miałam wrażenie, że to słowo pasuje do całej wyspy.
Rodos przywitało nas kamieniem nagrzanym od słońca, cieniem starych murów, ale i wytrwałą roślinnością, intensywnym różem bugenwilli i bezkresem błękitu swoich dwóch mórz.

Niewielkie Pefkos jako baza
Naszą bazą było niewielkie Pefkos. Białe domy, kamienne ścieżki i morze obecne niemal na każdym kroku. Mimo pełni sezonu turystycznego, w środku lipca, nie musieliśmy przeciskać się przez tłumy. A do Lindos, które do dziś uważam za najpiękniejszą miejscowość na wyspie, było stąd zaledwie około 5 kilometrów.
Rodos – co warto zobaczyć?
Zwiedzanie zaczęliśmy od stolicy – miasta Rodos. Pełne wąskich uliczek, kawiarni ukrytych w cieniu kamiennych ścian i mnóstwa zieleni przeplatającej się z historią. To jedno z tych miejsc, gdzie można godzinami chodzić bez planu i co chwilę odkrywać coś nowego.
Od kamiennych uliczek i zacienionych dziedzińców na chwilę uciekliśmy w morze. Podczas krótkiego rejsu mogliśmy obserwować przez podwodne okna nurka karmiącego ryby. Wśród błękitu wody i ławic przepływających tuż obok łodzi łatwo było poczuć się częścią tego podwodnego świata. Dzieci były zachwycone.
Wśród rozgrzanych murów i jasnych uliczek co chwilę pojawiały się zielone oazy ukryte za bramami i furtkami. I donice z roślinami ustawiane wszędzie, gdzie tylko znalazł się kawałek dobrego miejsca. W domu donice zajmują mi całe tarasy, więc trudno było nie poczuć pokrewieństwa z ludźmi, którzy pielęgnowali swoją zieleń tak samo.
Plaża pokryta jasnymi otoczakami w mieście Rodos do dziś pozostaje jedną z najpiękniejszych jakie widziałam. Mocne fale, przejrzysta woda i błękit tak intensywny, że trudno było oderwać wzrok. Pierwszy raz w życiu morze miało dla mnie właśnie taki kolor.
Drzewa oliwne przypominają jak długo trwa tu życie. Niektóre z nich mają setki lat i nadal wydają owoce. Wieczory pachniały suchą trawą i nagrzaną ziemią. Cykady nie pozwalały o sobie zapomnieć. Owce mijały nas bez pośpiechu, nie zwracając większej uwagi na nasz zachwyt tym widokiem.
W następnym wpisie zabieram Was na południe wyspy, do miejsca, gdzie spotykają się dwa morza.


